„Honor paparazzi” Rozdział 7 (tylko dla czytelników pełnoletnich)

Śliwiński odwrócił od niego głowę i całą uwagę poświęcił Paulinie, która w jego obecności po porostu promieniała.

– Poznaliśmy się kilka dni temu. Miałem w domu mały wypadek. Andrzej widząc, że jestem trochę zamroczony, ignorując fakt, że ma pozostawać niewidoczny, przybiegł mi z pomocą. Nie wyszedł, dopóki nie upewnił się, że nic mi nie jest. Był niewiarygodnie wręcz troskliwy.

– Cały Andrzej – zaśmiała się Paulina. – Kiedy moja Martynka ma grypę, Andrzej jest dla niej najlepszą niańką.

– Hej! – oburzył się na tak jawne zdradzanie sekretów jego osobistego życia. Poczuł się skrępowany pod uważnym, chociaż ciepłym spojrzeniem Dominika. Nie wiedząc czemu ogarnęła go pokusa ucieczki ze swoim wzrokiem w kawałek ciasta. Dlaczego nagle poczuł się zawstydzony?

Wiedział, że tych dwoje jeszcze rozmawia, ale nie przywiązywał do ich dialogu żadnej uwagi. Udawał, że jest zajęty szarlotką, podczas gdy cały czas miał przed oczami ostatnie spojrzenie Dominika jakie zarejestrował zanim uciekł przed nim wzrokiem.

Przecież to całkowicie naturalne, że facet ma instynkt ochrony słabszych. W końcu po to od zarania dziejów mężczyźni nosili przy sobie pałki, dzidy i miecze. Historycznie to w większości oni byli lekarzami i szamanami, dlaczego więc takie wielkie poruszenie wynikło z tego, że w czasie jej choroby zajmie się chrześnicą? Albo kimś rannym? Co było w tym nienormalnego?

Nic, do jasnej cholery, absolutnie nic. Dlaczego więc Dominik patrzył na niego tak przenikliwie i ciepło?

Tu nie chodzi o mnie, uświadomił sobie, tylko o niego. To on od siedmiu lat pozostaje w toksycznym związku, który oddziela go od normalnego świata i sprawia, że to, co dla wszystkich jest naturalne dla niego staje się obce. To wina Marczaka, że Śliwińskiemu została zabrana wiara w człowieka, że jedyne, co do niego czuje to lęk.

– Odwieziesz mnie do domu? – usłyszał niespodziewanie.

– Hm?

– To było bardzo miłe doświadczenie, ale męczące i chciałbym się położyć.

– E, jasne. Przepraszam, nie pomyślałem.

Faktycznie nie pomyślał, że plecy Śliwińskiego mogą być jeszcze nie całkowicie w porządku. Nawet najlepsze maści i pastylki nie zadziałają aż tak szybko.

Wstali od stolika a Andrzej rozejrzał się w poszukiwaniu Pauliny.

– Już się z nami pożegnała.

– Co? Naprawdę?

– Rany, naprawdę odpłynąłeś – uśmiechnął się Śliwiński.

Andrzej poczuł, że się rumieni. Był zły na siebie. Zaprosił Dominika na obiad, a tymczasem zaprzątnięty swoimi własnymi myślami prawie zupełnie o nim zapomniał.

Nie, to nie tak. Cały czas myślał o Dominiku snując teorie odnośnie jego przeszłości i przyszłości. Zapomniał tylko, że ma przed sobą prawdziwego człowieka z teraźniejszości.

Wracali w ciszy. Andrzej nie mógł uwierzyć, że na lunchu spędzili ponad dwie godziny. Nic dziwnego, że Śliwiński poczuł się zmęczony, co wyraźnie było po nim widać. W samochodzie całkowicie przycichł i najwyraźniej czując się tu bezpieczniej niż w restauracji pozwolił sobie na lekki grymas ust.

A jednak grał, pomyślał Andrzej. Tylko, czy grał jak aktor, czy jak każdy normalny człowiek, który nie pokazuje wszystkim całego siebie? Nowicki przeprosił go jeszcze raz, na co Dominik uśmiechnął się ciepło, chociaż trochę blado i oznajmił, że takiej frajdy nie miał od bardzo dawna. Andrzej nie wiedział, czy to wyznanie jest w stu procentach prawdziwe, ale nie chciał jeszcze bardziej męczyć aktora rozmową.

Będąc już w Woli, zaledwie kilkaset metrów przed domem aktora, Dominik odwrócił twarz w stronę Andrzeja.

– Jeśli chcesz, możesz wejść i się rozgościć. Podtrzymuję to, co mówiłem wcześniej, że możesz czuć się u mnie jak u siebie. Ja jednak zdecydowanie idę pod prysznic a potem do łóżka.

– Dzięki, ale powinienem zająć się pracą. Mam kilka katalogów do posortowania.

– Ok – Śliwiński uśmiechnął się blado. Był naprawdę bardzo zmęczony.

Kiedy zajechali pod jego dom, jeszcze chwilę siedział w samochodzie patrząc na swoje kolana.

– Dziękuję – odezwał się cicho. – To był naprawdę bardzo… dobry dzień.

– Więc może kiedyś go powtórzymy?

Akwamarynowe oczy, które się w niego wbiły, lśniły jak prawdziwe klejnoty.

– Trzymam cię za słowo – wystrzelił szybko i wyskoczył z samochodu.

Dziwne, pomyślał Andrzej. Dziwne, ale w pozytywny sposób. Naprawdę polubił tego chłopaka i uśmiechnął się sam do siebie na samą myśl, że kiedyś znowu wybiorą się razem na obiad.

*

To, co Andrzej powiedział przy rozstaniu o tym, że miał pracę, nie było do końca prawdą. Celowo czy nie, ich znajomość stawała się bardziej zażyła. Fotograf zabrał nawet Śliwińskiego do swojej ulubionej restauracji i zapoznał ze swoją przyjaciółką. Prywatnie wiedział o nim tyle, że mógłby zachwycić niejeden brukowiec ale tak naprawdę nie znał go wcale. Wciąż także prawie nie miał pojęcia o jego aktorstwie i zaczął czuć się z tym trochę nie najlepiej. Uznał, że coś mu w związku z tym umyka i w drodze do domu kupił wszystkie filmy ze Śliwińskim, jakie znalazł. Nie było ich tak wiele, zaledwie siedem, za to każdy tytuł obił mu się o uszy więcej niż raz w związku z kasowym sukcesem albo zdobyciem prestiżowej nagrody – lub obu.

Fotograf wszedł do swojej nieco zaniedbanej przez siebie kawalerki i rzucił zakupy na stół. Jak zwykle pierwsze, co zrobił, to otworzył okno. Suche, ciepłe powietrze wdarło się do wnętrza. Było w nim coś ciężkiego, co skłaniało do przypuszczeń, że mogą pojawić się burze. Dawno nie padało, więc nawet ona ucieszy więdnącą naturę. Andrzej wrócił do stolika i zaczął wybierać film.

Postanowił zacząć od początku. „To nie twoja wina” było debiutem aktorskim Śliwińskiego i tak krzyczał napis na okładce, gdzie jego nastoletnia twarz była równie wyeksponowana jak gwiazdy, której partnerował. Siedem lat temu okładka wyglądała zupełnie inaczej. To sukces młodego aktora sprawił, że wiele osób zaczęło sięgać po ten trochę może za ambitny film. Jego nazwisko i twarz nakręcały sprzedaż.

Nowicki przeczytał streszczenie. Film naprawdę zapowiadał się nudno. Był o społeczniku, który zajmuje się zagubioną młodzieżą ulicy. Śliwiński grał jednego z tych chłopców – uciekiniera z prowincji, który przyjeżdża do stolicy by uciec przed patologicznym domem.

Mimo sławy Dominika Andrzej nie spodziewał się po tym filmie wiele. Nie interesowała go społeczna tematyka, zresztą w ogóle unikał kina innego niż komediowego. Śliwiński był całkowitym debiutantem i to w drugoplanowej roli, więc nie mógł spodziewać się go za wiele, a aktor wiodący zdaniem Nowickiego, najlepsze lata miał już za sobą. Andrzej nie oczekiwał niczego poza nudą i przez pierwszych trzydzieści dziewięć minut filmu niczego innego nie doświadczał. A potem pojawił się on.

Nie chodziło o to, jak pokazała go kamera, ale jak on się w niej pokazał. Włosy miał jaśniejsze niż obecnie i dłuższe, niemal całkowicie przesłaniające jego twarz. Był jednym z trzech chłopców stojących przed galerią. Nie był ani najwyższy, ani najniższy, ubrany jak cała reszta i pozornie niczym się nie wyróżniający, gdyby nie to, że przyciągał na siebie całą uwagę widza. Jego postawa, buntownicza i agresywna, gdy podszedł do nich protagonista, sprawiała wrażenie, że patrzy się na młodziutkiego wilka o przeszywającym spojrzeniu.

Andrzej zamrugał. Postać, którą widział, była zupełnie inna niż Dominik, którego znał, a jednak całkowicie prawdziwa. Czy chłopiec był aż tak dobrym aktorem, czy przez te lata zmieniła się jego osobowość?

Film nagle wciągnął Nowickiego. Problem chłopca, który uciekł z domu alkoholików stał się nagle dla niego bardzo istotny. Chciał go wyciągnąć z wszystkich kłopotów, w jakie pakował się nastolatek. Chłopak jednak sprawiał wrażenie, że nie chce być ocalony i ostatecznie skończył tragicznie wywołując u Andrzeja coś, czego ten nie doświadczył oglądając film od dziecka – wzruszenie.

– Cholera – zaklął wstając sprzed monitora.

Dzieciak miał talent, bez dwóch zdań. Nie mogło dziwić, że wszystkie kobiety młode i stare oglądając ten film zaczęły uwielbiać Śliwińskiego. Chłopiec całkowicie zawładnął ekranem – szczupła sylwetka i śliczna twarz o przeszywającym, tak nietypowym dla jego wieku spojrzeniu oraz trochę ochrypły głos ze śpiewnym, wschodnim akcentem czyniły z niego coś świeżego i pociągającego.

Andrzej nie widział takiego walecznego spojrzenia u prawdziwego Dominika. W życiu aktor był o wiele cichszy i łagodniejszy. Nie szukał kłopotów i nie rzucał się w oczy. Zupełnie, jakby to były dwie zupełnie sprzeczne ze sobą osobowości.

Pewnie właśnie na tym polega dobre aktorstwo.

Ludzie jednak zbyt często mylili filmy z rzeczywistością. Tym samym oczekiwali, że w prawdziwym świecie Śliwiński również będzie waleczny, agresywny i mroczny – tragiczny jak kochany przez serca polskich kobiet bohater romantyczny. Owszem, na swój sposób realny Dominik był nawet bardziej tragiczny, ale świat nie chciał go widzieć takim.

Ale ja też nie chcę go takim widzieć, uświadomił sobie nagle Andrzej. Nie chcę go widzieć tragicznym tylko szczęśliwym. A nie będzie szczęśliwy, dopóki będzie musiał się bać.

Za oknem uderzył piorun. Nowicki zobaczył nadciągające czarne chmury zwiastujące ulewę.

Więc jednak będzie burza.

Ciemność nadchodziła szybko i wkrótce konieczne było zapalenie świateł. Deszcz uderzył gwałtownie razem z wichurą i grzmotami. To była bardzo nagła burza, a takie zwykle trwają krótko – kilka, może kilkanaście minut. Andrzej nawet nie pofatygował się, żeby zamknąć okno.

Sygnał przychodzącego smsa sprawił, że podskoczył do góry. To nie był jego telefon, tylko…

Fotograf podszedł do torby, z której wyjął tani model komórki. Miał jedną nieodebrana wiadomość.

„Jeszcze raz dziękuję za dzisiaj. Masz rację, istnieje więcej ludzi podobnych do ciebie.”

– Podobnych do mnie? O co mu chodzi?

„Są jeszcze miejsca i ludzie, które chciałbym, żebyś poznał.” – odpisał.

Przez kilka chwil nie było reakcji i kiedy Andrzej miał już odłożyć telefon, poczuł płynące od niego wibracje.

„Czekam z niecierpliwością. Szczegóły omówimy jutro przy śniadaniu?”

Nowicki uśmiechnął się.

„Puść sygnał, jak będzie gotowe.”

„Ok 😀 Dobranoc.”

„Dobranoc :D”

Będę musiał doładować to konto, pomyślał czując się całkiem przyjemnie. Miło było otrzymać życzenia dobrej nocy nawet złożone smsem.