„Honor paparazzi” Rozdział 6 (tylko dla czytalników pełnoletnich)

Rozdział 6

Andrzej siedział w swoim oknie z przyzwyczajenia wodząc wzrokiem za krzątającym się po kuchni Dominikiem. Nie miał najmniejszej intencji robić mu zdjęć, a teraz kiedy aktor wiedział o jego obecności tym bardziej nie zrobi nic wartego sfotografowania dla brukowca, ale z kilku powodów nie chciał opuszczać swojego obserwacyjnego stanowiska. Po pierwsze, jeśli nie Andrzej, to ktoś inny zajmie jego miejsce i chociaż Śliwiński był jak zwykle Małym Panem Doskonałym, mogła mu się podwinąć noga. Albo – i to niepokoiło Nowickiego bardziej – mógł pojawić się Marczak a wtedy istniała możliwość, że sytuacja rozwinie się naprawdę nieprzyjemnie. Co prawda dwa dni upłynęły bez incydentu, to jednak nie znaczyło, że kolejne będą równie spokojne.

Dominik zachowywał się bardzo normalnie przygotowując dla siebie śniadanie. Jego ruchy były całkiem swobodne, co pozwoliło Andrzejowi wierzyć, że plecy już mu nie dokuczają. Jego prawy nadgarstek też niemal całkiem odzyskał naturalna barwę. Nowicki na ten widok odczuwał prawdziwą ulgę, ponieważ w głębi serca miał trochę wyrzutów sumienia, że nie zmusił Dominika do wizyty u lekarza. Wyglądało jednak, że wszystko odbyło się bez komplikacji.

Aktor spędził więcej czasu niż zwykle przygotowując śniadanie. Na talerzu przed nim wyrosła ogromna góra naleśników z serem i Andrzej poczuł, jak na ich widok cieknie mu ślinka. Zerknął na swój mało apetyczny suchy prowiant i westchnął.

Dzwonek telefonu, którego nie rozpoznał, wyrwał go z zamyślenia. Czyżby był tu ktoś obcy i zostawił telefon? Nie, przecież dźwięk dochodzi z jego torby. Co jest, u licha?

Zajęło mu chwilę, zanim uświadomił sobie, że przecież jest w posiadaniu dwóch aparatów. W kieszeni miał swój prywatny, za to w torbie – ten, który wykorzystał do szantażowania Śliwińskiego. Ale kto mógł znać ten numer? Przecież nikomu go nie przekazywał. Pewnie to ludzie z biura obsługi klienta, pomyślał i wydobył wciąż dzwoniący telefon. Zaskoczyło go, że rozpoznał numer.

– Halo – odezwał się tym razem nie stosując zasłony w postaci chusteczki.

– Dzień dobry, Dominik z tej strony. Dominik Śliwiński. Zastanawiam się, czy nie wpadłbyś może na śniadanie…

Andrzej odwrócił twarz ku oknu. W kuchni sąsiedniego domu stał Dominik ze słuchawką przy uchu i patrzył dokładnie na niego. Akwamarynowe oczy błyszczały w lekko zarumienionej twarzy.

– …usmażyłem trochę za dużo naleśników…

– Zaraz tam będę – odpowiedział natychmiast.

Andrzej zbiegł na parter tak szybko, że dopiero przy drzwiach wyjściowych uświadomił sobie, jakie jego zachowanie jest nienaturalne. Przecież, chociaż bardzo lubił naleśniki, nie pędził tak na żadne śniadanie odkąd był dzieckiem. To naleśniki tak go przyzywały, czy chęć spędzenia czasu w towarzystwie Dominika?

Naleśniki, odpowiedział sobie natychmiast i postanowił nie zawracać sobie więcej głowy problemem.

Furtka do posiadłości Śliwińskiego była otwarta. Dominik powitał Andrzeja w drzwiach, zanim ten zdążył nawet nacisnąć dzwonek. Uśmiechał się nieśmiało, ale ciepło, a jego błękitne oczy świeciły jak dwa słońca. Nie było w nich śladu terroru sprzed dwóch dni. Na ten widok Nowicki poczuł nie tylko ulgę, ale przyjemną lekkość w sercu.

– Wejdź – Dominik zaprosił go do środka. – Tak myślałem, że możesz być po sąsiedzku. Co prawda nie widziałem cię przez rolety, ale miałem przeczucie, że tam jesteś. Skoro szef kazał ci mnie obserwować, równie dobrze możesz to robić z bliska. Tobie pewnie tak samo nudzi się samemu, jak mnie.

– Trochę mi się nudziło – przyznał. – Jak się czujesz?

Twarz Dominika na krótką chwilę zmieniła wyraz, a może tylko przewidziało się Andrzejowi. Śliwiński uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiedy odpowiadał:

– Bardzo dobrze, naprawdę. Ta maść działa cuda. Użyłem jej jeszcze dzisiaj rano, ale po sińcu prawie nie ma już śladu. Spójrz – pokazał Nowickiemu swój nadgarstek, na którym było widoczne tylko niewielkie przebarwienie.

– To dobrze – Andrzej dał upust swojej uldze. – Wow, ale pachnie. Ale to nie tylko naleśniki.

– Nie, naleśniki…

– Ale… czuję coś innego, jakby czekolada, ale nie do końca.

– A, to – zaśmiał się aktor – to kakao. Zrobiłem sobie do śniadania. Też chcesz?

– E… tak, poproszę.

To było trochę jak powrót do beztroskiego dzieciństwa, te smaki i zapachy śniadania przygotowanego przez Dominika. Naleśniki z serem pachnące śmietaną i wanilią oraz ciepłe kakao to nie było śniadanie dorosłego mężczyzny, ale Andrzej nie miał nic przeciwko niemu. Usiadł przy stoliku, gdzie czekały już dwa zastawy talerzyków i poczuł się całkiem przyjemnie.

Śliwiński postawił na stole kopiasty talerz naleśników i przygotował dla gościa kubek kakao.

– Moja mama zawsze mówiła – powiedział Dominik – że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. To on wprowadza nas w dobry nastrój i daje nam siłę by przebrnąć przez wszystkie czekające nas trudności.

– Twoja mama to mądra kobieta.

– Owszem, chociaż skończyła tylko zawodówkę.

– Mmmm, dobre – pochwalił Andrzej biorąc do ust kawałek naleśnika.

– Cieszę się. Nie wiem, czy wiesz, ale chodziłem do technikum gastronomicznego.

– Nie, naprawdę?

– Co prawda tylko dwa lata, ale trochę się tam nauczyłem.

– A potem co? Ogólniak?

– Nie, nie skończyłem szkoły średniej. Zacząłem grać w filmach.

Dla Andrzeja była to zaskakująca nowina. Co prawda w dalszym ciągu nie wiedział prawie nic o Śliwińskim, ale wywnioskował, że jest to inteligentny i wykształcony facet. Miał nienaganne maniery i kiedy już pojawił się w towarzystwie świecił wykwintnością.

– Chcesz powiedzieć, że nie masz nawet matury?

– Zgadza się. Wyglądasz na zaskoczonego. Wydawało mi się, że pisali o tym w magazynach.

– Nie czytam ich. Tam są same plotki.

– Chyba masz rację. Ale, w takim razie, dlaczego pracujesz dla jednego z nich?

Pytanie należało do tych zwyczajnych, jakie pada w normalnych konwersacjach, mimo wszystko Andrzej poczuł się trochę nieswojo. Jego praca zawsze była dla niego nieco drażliwym tematem.

– Tak wyszło – powiedział. – Po studiach potrzebowałem pracy i ucieszyłem się, że mogę zarabiać na życie robiąc zdjęcia.

Uśmiech Dominika stał się bardzo ciepły a oczy rozbłysły jeszcze bardziej.

– Więc lubisz robić zdjęcia? Chciałbym kiedyś zobaczyć twoje prace. W czym się specjalizujesz?

– W portretach.

– Naprawdę? Czyli zrobiłbyś portfolio?

– Czemu by nie – odparł obojętnie.

– A zrobiłbyś moje?

Zaskoczony Andrzej przestał jeść wpatrując się w Śliwińskiego intensywnie. Pod jego wzrokiem aktor mocno się zarumienił.

– Tak sobie myślałem – tłumaczył się cicho Dominik – że powinienem uaktualnić swoje portfolio, ale, jak może zauważyłeś, mam kłopoty z zaufaniem ludziom i nie potrafiłbym być naturalny przed obcym fotografem. Ty widziałeś wszystko i… – jego twarz stała się szkarłatna.

– Ale ty widziałeś tylko jedno moje zdjęcie. Skąd wiesz, że będą dobre?

– Trzy.

– Słucham?

– Widziałem trzy: to, które mi przysłałeś, to, które dzisiaj ukazało się w Internecie i to, którym zdobyłeś na studiach nagrodę. Chciałbym zobaczyć więcej, ale już teraz wiem, że jesteś dobry.

Andrzej czuł się trochę zbity z tropu.

– Dzisiaj w Internecie?

– Artykuł jest trochę infantylny, ale zdjęcie całkiem fajne.

Aktor wyjął swój telefon, w którym odszukał stronę internetową magazynu, w którym pracował Andrzej i pokazał mu zrobione przez niego zdjęcie, na którym Śliwiński zajmował się ścieraniem kurzy.

– Przepraszam – zawstydził się Nowicki. – Chcieli mieć cokolwiek inaczej by nie odpuścili i pomyślałem, że takie zdjęcie jest lepsze niż alternatywa.

– Wszystko w porządku – zapewnił Śliwiński. – Nie wiem, jakie skandaliczne intencje miał twój magazyn, ale komentarze czytelniczek są bardzo przychylne.