„Honor paparazzi” Rozdział 4 cz. 2 (tylko dla czytelników pełnoletnich)

Andrzej nie myślał. Nie czekał co będzie dalej. Co sił w nogach przesadził odległość dzielącą oba domy i wpadł do salonu Śliwińskiego.

– Zostaw go, gnoju! – wrzasnął i pięścią rąbnął głowę Marczaka.

Mężczyzna stoczył się z aktora próbując zorientować się w sytuacji.

– Lepiej stąd spieprzaj, wezwałem już gliny!

Zaskoczony Marczak zatoczył się ku wyjściu i po chwili nie było po nim śladu.

– Wszystko w porządku? – Andrzej pochylił się nad leżącym na brzuchu Śliwińskim.

Głupie pytanie. Nic nie było w porządku. Jego koszula była podciągnięta do góry, a spodnie i bielizna ściągnięte do kolan. Śliwiński spróbował się podnieść, ale jego ciało pod wpływem bólu lub szoku nie było w stanie tego zrobić.

– Nie ruszaj się – Andrzej przestraszył się, że jednak zareagował za późno. – Wezwę karetkę…

– Nie! Proszę.

– Ale…

– Proszę, to nic poważnego. Ja tylko…

Powoli usiadł zakrywając swoją męskość. Nie odważył się spojrzeć powyżej poziomu podłogi.

Andrzej nie wiedział, co zrobić. Bał się, że Śliwiński mógł odnieść jakieś poważne obrażenia, w końcu ten upadek wyglądał naprawdę groźnie, ale nie mógł go zmusić do pójścia do szpitala, gdzie przecież zadają pytania.

– Kim jesteś? – aktor wciąż nie potrafił podnieść wzroku z podłogi.

– Jestem tym dupkiem, który zrobił wam zdjęcia. Andrzej Nowicki. Widziałem co się stało i…

– Dziękuję.

Głos Śliwińskiego był słaby i drżący.

– Wiem, że nie masz powodu mi ufać, ale…

– Pomożesz mi wstać? – padło ciche pytanie.

– Tak, oczywiście.

Andrzej zbliżył się do Śliwińskiego i pomógł mu się podnieść. Aktor zacisnął zęby, by nie jęknąć z bólu gdy jego ciało zmieniało pozycję. Będzie pewnie nieźle posiniaczony, ale chyba nie miał niczego złamanego. Mimo wszystko jednak powinien zobaczyć się z lekarzem.

– Może jednak zawiozę cię do szpitala…

– Nie. Pomożesz mi wejść po schodach? Chcę się położyć.

– Jak chcesz.

– Dziękuję.

Andrzej zarzucił sobie jego rękę na ramię i objął w pasie. Drugą ręką Śliwiński podtrzymywał swoje spodnie.

– Wezwałeś policję? – spytał kiedy szli w stronę schodów.

– Blefowałem, nie było kiedy. Zrobię to jak tylko odprowadzę cię do sypialni.

– Nie rób tego, proszę.

– Ale on… To była napaść.

– Nie – Śliwiński odwrócił głowę.

Zaprzeczenie, typowa reakcja ofiar przemocy w rodzinie i przemocy seksualnej. Wstyd, że to ich spotkało. Właśnie dlatego oprawcy czuli się bezkarni. Ale z drugiej strony czy można wymagać od kogoś, kto został tak brutalnie potraktowany odwagi, by na nowo przeżywał ten koszmar?

– Jak chcesz – zgodził się bez entuzjazmu.

Kątem oka dostrzegł skrzywienie ust aktora, które mogło być bladym uśmiechem wdzięczności. Usta te zadrżały i Andrzej pomyślał, że Śliwiński walczy ze łzami. Emocje i ból musiały targać całą jego istotą, ale nie mógł sobie pozwolić na taką słabość. Nie przy obcym.

Kiedy doszli do sypialni aktor ciężko opadł na łóżko. Jego ciało zaczęło drżeć.

– Czy mam po kogoś zadzwonić?

– Nie, dziękuję.

– Zaparzę mocną herbatę. Dobrze robi na nerwy.

– Mh… Kubki są…

– Wiem, gdzie.

– Ach… tak…

– Nastawię wodę. Gdybyś czegoś potrzebował, krzyknij.

Śliwiński skinął tylko głową.

Muszę stąd wyjść, pomyślał Andrzej opuszczając sypialnię. Muszę zostawić go samego, może wtedy pozwoli sobie na łzy. Cholera, co się właściwie stało? Jak do tego wszystkiego doszło?

Andrzej odszedł kilka kroków i zatrzymał się nasłuchując. Odpowiedziała mu niepokojąca cisza.

Może Śliwiński też nasłuchuje i czeka, kiedy jego kroki umilkną w oddali?

Fotograf zszedł do kuchni i nastawił wodę. Wyjął dwa kubki i włożył do nich po torebce ekspresowej herbaty.

Kuchnia, w której tyle razy widział Śliwińskiego nie miała dla niego tajemnic. Wiedział, jak mocną lubi swoja Earl Grey i ile sypie do niej cukru. Oparty o kuchenny blat Andrzej zastanawiał się jak do tego wszystkiego doszło i co by się stało, gdyby nie zareagował. Ale najstraszniejsza była myśl, że to mogło przydarzyć się nie pierwszy raz.

– Bydlę – dał upust swojej wściekłości. – Pieprzone bydlę!

Jak można było komuś coś takiego zrobić? Jak można było tak brutalnie wykorzystać swoją siłę, uderzyć, obezwładnić, a potem… Przecież byli parą, nie dalej jak dwa dni temu łączyła ich namiętność, może miłość. Dla Andrzeja cała ta sytuacja była chora. Jeśli on, jedynie świadek tych zajść był zaszokowany okrucieństwem Marczaka, jak mógł czuć się Śliwiński, jego ofiara?

Nowicki uniósł głowę. Niepokoiła go ta cisza. A co, jeśli aktor oberwał mocniej, niż wydawało się na pierwszy rzut oka i stracił przytomność? Nie powinien pójść na górę i sprawdzić?

Usłyszał słaby szum wody. Sypialnia i prywatna łazienka aktora znajdowały się nad kuchnią. Czyżby Śliwiński brał prysznic? Bardzo możliwe. Wcale by nie zdziwiło Andrzeja, gdyby chciał zmyć z siebie tamtego mężczyznę.

Cholerny drań.

Nowicki przypomniał sobie twarz z tamtego zdjęcia, pełną miłości i ekstazy, szczerą i piękną. Zaraz potem przesłoniły ją dzisiejsze przerażenie i ból. Trzeba być najpodlejszą z istot, by skrzywdzić kogoś tak pięknego i delikatnego.

Czajnik zagwizdał wyrywając go z zamyślenia. Przygotował herbatę i z oboma kubkami udał się na górę.

– Puk, puk – zawołał, bo obie ręce miał zajęte.

Nie usłyszał odpowiedzi ale strumień wody wyraźnie było słychać zza drzwi. A co, jeśli zemdlał pod prysznicem, przestraszył się Andrzej.

– Panie Śliwiński! – podniósł głos.

– Przepraszam! Proszę wejść!

Woda ucichła. Kiedy przekraczał drzwi sypialni z łazienki wyszedł Śliwiński ubrany w ciemny szlafrok. Z mokrych włosów kapała mu na kołnierz woda. Był już spokojniejszy i nawet odważył się na chwilę spojrzeć na fotografa. Jego oczy koloru najczystszego błękitu wciąż patrzyły niepewnie a rozcięte usta delikatnie drżały, co na nowo zapaliło serce Andrzeja gniewem. Jak można chcieć skrzywdzić tak piękną osobę?

– Przepraszam, za mój strój.  – Jego głos wciąż brzmiał cicho i niepewnie. –Jeżeli pana drażni, mogę się przebrać…

– Mną proszę się nie przejmować – zapewnił szybko Andrzej. – Jak ręka? Nie jest zwichnięta?

– Nie – Śliwiński opuścił wzrok – tylko trochę poobijana.

– Podać panu coś przeciwbólowego? Jeżeli nic pan nie ma, mogę skoczyć do apteki.

Wyglądało, że aktor rozważa propozycję.

– Dziękuję, mam coś w szafce nocnej. Chyba, chyba nie podziękowałem panu jeszcze za ratunek. Dziękuję.

Nie patrzył mu w oczy. Andrzej nie czuł się dotknięty. Domyślał się, że to nie jest niewdzięczność, tylko wstyd, emocjonalny ból na wspomnienie wydarzeń, które jeszcze nie do końca stanowiły przeszłość. Śliwiński odruchowo szczelniej zakrył się szlafrokiem, chociaż i tak niewiele było widać poza niewielkim trójkątem tuż pod szyją.

Andrzej był tutaj intruzem, niewygodnym świadkiem upokarzającego zajścia, kimś, kto w ogóle nie powinien istnieć w świecie Śliwińskiego i dobrze o tym wiedział. Nie potrafił jednak zmusić się, żeby odejść. Ktoś, kto niespełna kwadrans wcześniej był zaatakowany, nie powinien pozostawać sam w domu by nie przywoływać demonów.

– Pańska herbata – wyciągnął do niego kubek, którego aktor zawsze używał dla siebie.

– Dziękuję.

– Jeżeli to nie problem, chciałbym zostać w nocy w salonie. Na wypadek, gdyby on wrócił.

Ramiona Śliwińskiego skurczyły się nieznacznie.

– Przygotuję pościel…

– Nie trzeba. Pan powinien teraz odpocząć. Mną proszę się nie przejmować. Obiecuję nie sprawiać kłopotów.

– Wiem – Śliwiński usiadł na brzegu łóżka obiema dłońmi obejmując gorący kubek. Bardzo starał się uśmiechnąć i spojrzeć na swojego gościa, ale zamiast tego jego ramiona zaczęły drżeć. – Przepraszam – szybko obtarł niedyskretne łzy.

„Cholera, co mam zrobić?”

Miał ochotę podejść do niego i objąć go tak mocno, by przestał drżeć, ale bał się to zrobić. Nie miał żadnego prawa naruszać czyjąś przestrzeń osobistą, zwłaszcza w takiej chwili.

– To nieprawda, że mężczyźni nie płaczą – powiedział nie ruszając się z miejsca. – Po prostu muszą mieć do tego powód. Myślę, że dzisiejsze wydarzenia się do tego kwalifikują.

Śliwiński pociągnął nosem.

– Robię z siebie idiotę.