„Czas feniksa” Rozdział 6

Rozdział 6

Wiktor rzucił swoją torbę na łóżko we wskazanym przez Rafała pokoju. Był to jeden z trzech w tym całkiem przestronnym domku w pobliżu skalistego nabrzeża i miejsca, w którym wczoraj chciał skończyć swoje życie.

Był to pokój narożny, którego okna wychodziły na południe i zachód. Ładny, chociaż skromny. Można powiedzieć, że urządzony neutralnie, jak pokoje w niedrogich hotelach.

– Chcesz odpocząć, czy od razu zabieramy się do roboty? – usłyszał z salonu głos Rafała.

– Zacznijmy od razu!

Był zmęczony, to prawda, ale leżenie w łóżku nie poprawi jego stanu ani samopoczucia. Było to zmęczenie innego typu, wynikające z szeregu ciosów i rozczarowań, które musiał w ostatnim czasie na siebie przyjąć. Wiele z informacji i wydarzeń, które do niego docierały, były tak szokujące, że zanim zdołał się z nimi uporać, pojawiały się nowe, równie nieprzyjemne rewelacje. Przy ich nawale i braku jakiegokolwiek wsparcia, czuł się, jakby otaczała go gęsta maź, która wlewała mu się do uszu, ust i nosa. Wrażenie było obrzydliwe. Czuł się, jakby się dusił. Mdliło go. Wydawało mu się, że zaraz się utopi i nie mógł już tego znieść.

Dlatego skoczył.

Nie spodziewał się, że ktokolwiek przyjdzie mu na ratunek. Wybrał to opuszczone miejsce nie dlatego, żeby uniknąć takiej szansy. Było piękne, tylko tyle, piękne i pociągające. A jeśli odejść, czemu nie w takim właśnie krajobrazie?

Nie spodziewał się, że ktokolwiek go uratuje, ponieważ opuścili go wszyscy. Ludzie, którym pomagał, którzy czerpali z niego garściami odwrócili się od niego jak od chorego na trąd. Szeptali za jego plecami, wytykali go palcem. Milkli gdy przechodził. Znikali, gdy pojawiał się w stołówce. Osądzili go zanim miał szansę powiedzieć słowo w swojej obronie i skazali. Nawet wykonali już egzekucję.

Ludzie, którzy jeszcze kilka dni wcześniej śmiali się z nim, żartowali i prosili o jego pomoc.

Ludzie to najbardziej niewdzięczne ze zwierząt.

Nie winił ich. Gdyby stanęli po jego stronie sami popadliby w kłopoty. Instynkt samozachowawczy był w nich silny a groźba wykluczenia ze społeczności stanowiła jedną z najbardziej uderzających. Nie znaczyło to jednak, że im wybaczył. Nawet pies miał lojalność, ale nie oni. Zaszczuli go, zagryźli, aż posunął się do ostateczności.

Ale tylko raz. Nie zamierzał już nigdy okazać takiej słabości i poddać się opresji mas.

Wyszedł do salonu, który stanowił aneks z kuchnią modnie oddzielone barowa ścianką. Rafał, człowiek, który go ocalił, nastawił właśnie wodę i przygotowywał kubki.

– Co pijesz? Kawę? Herbatę?

– Kawę. Czarną. Może być rozpuszczalna.

– Naprawdę? – zdziwił się szczerze.

– Pracowałem w prokuraturze. Mogę wypić cokolwiek.

– Ha! To dopiero szkoła życia! Wiesz, twoje ciuchy i to autko sugerują, że nie narzekasz na brak forsy.

– Pochodzę z bogatej rodziny – przyznał.

– Bardzo?

– Za bardzo.

– Można być za bardzo bogatym?

– Sam nie wyglądasz na ubogiego.

– Ja się dorobiłem. Sprzedaję ludziom marzenia i fantazje. Zdziwiłbyś się ile jest chętnych do kupienia.

– Pewnie tak. W swojej pracy miałem do czynienia z tymi, którzy te marzenia kradną.

– Jak to się stało, że chłopiec z bogatej rodziny został prokuratorem? – podał mu kubek z kawą i obaj skierowali się do stolika i sofy.

– To ma być początek mojej historii?

– Dobry jak każdy inny, nie sądzisz?

– Ostatnio sam się zastanawiałem, dlaczego zostałem prokuratorem? Czy sam tego chciałem, czy był to czyjś plan, żeby mieć kogoś w odpowiednim miejscu, gdyby coś poszło nie tak.

– Takie buty… Nie chciałeś być prawnikiem?

– Nie chciałem pracować w firmie ojca. A prawnikiem… Był kiedyś taki serial, „Gliniarz i prokurator”. Pamiętasz?

– Jasne. Byłem fanem Jacke’a.

– A ja Derricka. Obaj byliśmy molami książkowymi i, no cóż, paniczykami.

– Kapuję.

– Prawo nie było moim pomysłem, ale szybko go podchwyciłem. Wciągnąłem się jak w nałóg. Od pierwszego roku wiedziałem, że chcę być prokuratorem.

– Ale wyleciałeś.

– Zrezygnowałem.

– Dlaczego?

To było proste, zwyczajne pytanie, całkowicie naturalne w toku rozmowy, a jednak ścisnęło go za serce. Dlaczego? Nie potrafił jeszcze mówić na ten temat. Pokręcił głową.

– Ok, to inne pytanie. Dobry byłeś?

– Najlepszy. Byłem dumny ze swojej pracy i z tego, że wykonuję ją dobrze.

A zostałem zmuszony, by porzucić to, co tak bardzo kochałem.

– Zmieńmy temat – poprosił. – Powiesz mi coś o sobie? Co piszesz?

– Romanse. Pod pseudonimem. Kaja Sokół. Ładnie, nie?

– Ładnie. Czemu pod kobiecym?

– Ponieważ kobiety jako autorki romansów lepiej się sprzedają. Według czytelniczek są bardziej wiarygodne ponieważ bardziej utożsamiają się z bohaterkami.

– Utożsamiasz się z bohaterkami?

– Czasami. Trochę. To bywa nawet zabawne. Ale prawda jest taka, że zanim zacząłem pisać, pracowałem w biurze księgowym, gdzie dominowały kobiety. Ileż ja się wtedy nasłuchałem! Pojęcia nie miałem, że kobiety potrafią tak otwarcie rozmawiać o najbardziej osobistych i intymnych sprawach. W pewnym momencie zacząłem żyć ich problemami. Brrr. Żeby dać sobie upust zacząłem spisywać ich opowieści i trochę je ubarwiać. Nawet zacząłem doradzać koleżankom w sprawach sercowych.

– Słuchały?

– Tak. Sam się zdziwiłem. To było nawet fajne. Tak powstały moje dwie pierwsze książki.

– I co? Od razu hity?

– A gdzie tam! Napisałem jeszcze trzy zanim zdecydowałem się wysłać je do wydawnictwa. To koleżanki zasugerowały, żebym spróbował. Odrzucono mnie w czterech. Nie, w pięciu – poprawił. – Dopiero w szóstym dano mi szansę. Redaktorka męczyła mnie prawie rok, zanim puścili do druku moją pierwszą książkę. Sprzedała się przyzwoicie. Najzabawniejsze było to, że czytelniczki negatywnie oceniały te części, których zmiany wymusiła na mnie redaktorka.

– Tak, to jest zabawne. Wyleciała z roboty?

– Tylko z mojego projektu. Redaktor i autor też muszą iść wspólnym tropem. Bez tego nie wyjdzie.

Wiktor rozejrzał się po otoczeniu. Doskonale wiedział, co to znaczy mieć po swojej stronie kogoś, kto myśli podobnie i jak to jest nikogo nie mieć. Ostatnio ta druga opcja przeważała w jego życiu tak bardzo, że można było oszaleć.

– Nie widzę komputera – zauważył. – Na czym pracujesz?

– Na laptopie. Jest w mojej sypialni. Przynieść?

– Tak.

Rafał wyszedł. Był zaskakująco przyjacielski i pełen werwy. Prawdopodobnie myśli, że za samobójczą próbą Wiktora stoi tragiczna historia miłosna. Gdyby tak było, miałby dobry materiał na melodramat, który mógłby odpowiednio przerobić. Kto wie, może dałby im happy ending? Rozczaruje się, gdy pozna prawdę. Życie nie było romansem. Więcej tragedii w nim rozgrywało się o pieniądze i władzę.

– Nie mów, że chcesz coś napisać – zakpił Rafał stawiając przed nim urządzenie gotowe do użycia.

– Raczej coś pokazać. Jak tutaj z Internetem?

– Spoko. Połączy ci się automatycznie.

Wiktor otworzył wyszukiwarkę, jak zwykle naładowaną reklamami. Rafał usiadł obok niego naruszając jego strefę prywatną. Było to trochę dziwne uczucie, ale w ten sposób będą mogli razem dobrze widzieć, co jest na monitorze.

– Dam ci pracę domową – oznajmił Rębski wpisując frazę do wyszukania. – Dowiedz się wszystkiego, co się da na temat Artura Rębskiego.

Na monitorze wyświetliła się lista propozycji.

– Dla ułatwienia, ponieważ jest kilka osób o tym nazwisku, wskażę ci pierwszy artykuł. Proszę, nawet ze zdjęciem – przekręcił w jego stronę monitor.

– Ok. A kto to jest?

– Mój ojciec.