„Czas feniksa” Rozdział 2 i 3

Rozdział 2

Eryk Wiszniewski pobladł. Jego ręka drżała, gdy odkładał słuchawkę telefonu.

– Muszę gdzieś być – oznajmił w przestrzeń i wybiegł.

– Panie prokuratorze! Panie prokuratorze!! – zawołała za nim praktykantka.

– To pilne! – odkrzyknął nie zatrzymując się. Nie miał czasu do stracenia. A przynajmniej tak właśnie mówiło mu serce.

Telefon, który otrzymał, był równie niespodziewany, co nagły. Zadzwoniono do niego ze szpitala. Czy zna mężczyznę, do którego należy ten numer? Potrzebują go zidentyfikować…

Nie, spokojnie, żyje, jest tylko nieprzytomny po tym, jak został wyłowiony z Bałtyku. Był w wodzie dość długo, na chwilę przestał oddychać, ale akcja serca nie ustała. Potrzebują tylko jego danych do ubezpieczenia…

Tak, tak, oczywiście, Eryk go zna. Są… to znaczy byli, kolegami z pracy. Rodzina? Tego Eryk nie wie, ale zaraz będzie na miejscu i poda wszystkie dane, które podać potrafi. Nazwisko? Oczywiście. Wiktor Rębski.

Wiktor został wyłowiony z morza, niedowierzał Eryk. Dlaczego? Co się stało? To chyba nie było…?

Młody prokurator pokręcił głową. Wiktor Rębski był jego starszym kolegą na uczelni i w pracy. Znali się dobre siedem lat. Nie byli najlepszymi kumplami, ale Wiktor był bardzo pogodnym i otwartym człowiekiem, może zbyt ambitnym, ale nie na tyle, by innym podkładać kłody. Jego ambicją było wsadzenie do więzienia wszystkich łajdaków, więc nie rezygnował ze swojej zwierzyny gdy tylko zwęszył jej trop. Dlatego, chociaż przez niektórych nienawidzony, przez większość środowiska prawniczego był szanowany. Chociaż ostatnio to się zmieniło. Czy to z tego powodu Rębski próbował popełnić samobójstwo?

Eryk też nie był bez winy i wiedział o tym. Kiedy skandal zaczął obracać wszystkich przeciwko Wiktorowi, on nie pozostał przy nim. Nie był jego przyjacielem ani bezpośrednim podwładnym, ale znali się przecież od lat i powinien móc zaświadczyć o nieskazitelności charakteru kolegi – nawet jeśli nie przed wszystkimi, to przynajmniej przed samym sobą. Tymczasem on nie tylko milczał, ale też wątpił. Niestety dołączył do tych, którzy bez wyroku, nawet bez sądu, wykluczyli Wiktora ze swojego grona. Nie przypuszczał, że zastosowany w pracy ostracyzm może kogoś popchnąć do desperackiego czynu.

Chociaż za wcześnie jeszcze było, by z całą stanowczością stwierdzić, że to była próba samobójcza – to raz. Dwa – nawet jeśli była, jej powód niekoniecznie leżał w sytuacji w prokuraturze. Istniały w końcu także inne, przykre okoliczności.

Wiszniewski poczuł wstyd. Każdy z nich miał jakąś nieciekawą sytuację. Rodzina, przyjaciele, nawet oni sami popadali w jakieś tarapaty. Wszyscy wiedzieli, że niektórzy biorą łapówki, że inni wyświadczają przysługi, że akty oskarżenia nagle dziwnym sposobem stają się łagodniejsze, gdy w grę wchodzi ktoś z otoczenia prokuratora – nikt nie miał czystego sumienia, ale wszyscy winili Rębskiego i zamienili jego życie w piekło, choć tak naprawdę był zupełnie niewinny. Sprawa nie dotyczyła nawet jego samego… Kłopoty w domu, ostracyzm w pracy, który zmusił Wiktora do złożenia rezygnacji i cały ten rozdmuchany przez media skandal, który musiał dźwigać sam – Eryk pewnie też nie byłby w stanie tego znieść. Czy mógłby znieść to ktokolwiek?

Dlatego w jego myślach samobójstwo było najprawdopodobniejszą przyczyną, dla której Wiktor znalazł się w wodzie. Nie widział go od kilku dni, ale już wtedy nie wyglądał najlepiej. Stracił kilka kilogramów, jego twarz poszarzała a oczy miały dziwny blask. W tamtym czasie nie chciał tego zauważać, ale teraz nie mógł nie pamiętać tego widoku upiora. Już wtedy wyraźnie było widać, że z jego kolegą jest źle, ale on – jak zresztą wszyscy – postanowił go w dalszym ciągu ignorować.

W końcu doszło do tego.

Eryk wdepnął pedał gazu i przyspieszył ignorując przepisy. Pal sześć mandat. Pal sześć bezpieczeństwo. Człowiek, którego szanował od siedmiu lat, samotnie walczył o życie.

Rozdział 3

Rafał Sokół właściwie mógł już wracać do domu. Ładna pielęgniarka podała mu kroplówkę a lekarz na ostrym dyżurze stwierdził, że jest zdrów, jak ryba, wyczerpał się tylko fizycznie walcząc w zimnej wodzie o życie drugiego człowieka. Dlatego wystarczy mu wzmacniająca kroplówka.

Stał się bohaterem. Cały szpital brzęczał od wieści, jaki to z niego heros rzucający się w odmęty wody by pomóc obcemu, który się topił. Niektórzy twierdzili, że samobójcy. Rafał nigdy nie potwierdził, że mężczyzna zamachnął się na własne życie. Jeśli to zrobił, musiał mieć bolesny powód, w którego rozwiązaniu nie pomogą rozsiewane w ramach ciekawostki lokalnej plotki.

Rafał Sokół stanął w drzwiach sali obserwacyjnej, na której pod tlenem leżał wciąż nieprzytomny topielec. Powinien się już obudzić, uznał i poczuł niepokój. Dlaczego się nie budzi? Czy jednak zbyt długo był pod wodą?

Nagle w korytarzu zrobiło się zamieszanie. Wpadł jakiś mężczyzna w eleganckim, wełnianym płaszczu, który trochę się gryzł z jego młodą twarzą i kogoś najwyraźniej szukał. Ratownik medyczny podszedł do niego i po chwili rozmowy mężczyzna trochę się uspokoił. Pokiwał głową. Przeprosił. Obaj ruszyli w stronę sali, przy wejściu do której stał Rafał.

– Pierwsze łóżko po lewej – wskazał ratownik i Sokół wiedział, że mówi o jego topielcu, dlatego nadstawił ucha.

Mężczyzna, może w połowie lat dwudziestych swojego życia, powoli i cicho, jakby bał się zbudzić śpiącego, podszedł do łóżka. Bladł z każdym krokiem. Sprawiał wrażenie, jakby widok nieprzytomnego mężczyzny boleśnie przeszywał jego serce.

– Wiktor… – odezwał się cicho. – Mój Boże, Wiktor, co się stało?

Wyglądało na to, że on też podejrzewa samobójstwo, nie może się jednak pogodzić z jego prawdą.

Ratownik chrząknął, żeby zwrócić na siebie jego uwagę.

– Rozpoznaje go pan?

– Tak. To mój kolega.

– Ten pan tutaj – wskazał Rafała – zaryzykował życie i wyciągnął pana kolegę z wody.

Przybysz odwrócił się w jego stronę i Sokół zobaczył parę ogromnych, piwnych, wilgotnych oczu pełnych niepokoju i wdzięczności.

– Dziękuję – młody mężczyzna podszedł i uścisnął jego rękę. – Może mi pan powiedzieć, co się stało? Jestem – sięgnął za pazuchę i wydobył wizytówkę – Eryk Wiszniewski z prokuratury rejonowej.

Rafał omal nie zagwizdał.

– Prokurator? Taki młody?

– To mój pierwszy rok – przyznał. – Ja i Wiktor pracowaliśmy razem.

Nie umknął mu szczegół czasu przeszłego. Były prokurator, tak? W tak młodym wieku „były”? Nic dziwnego, że facet chciał ze sobą skończyć. Skoro jego kariera skończyła się tak wcześniej, musiało się za tym kryć coś więcej. To nie tak, że z prokuratury wylatuje się za mandaty.

– Napiłbym się kawy – oznajmił – ale nie mam portfela.

– Racja. Znajdźmy spokojniejsze miejsce, tylko… Chyba muszę podać administracji kilka danych. Proszę poczekać. Obiecuję, że nie zajmie to długo!

Mówiąc prawdę Rafał Sokół miał nad podziw dużo wolnego czasu. Jego obecnym zajęciem było pisanie, które ostatnio zdecydowanie przystopowało, więc poczekanie na młodego prokuratora aż ten upora się z administracją szpitalną nie wydawało się aż tak nudne i czasochłonne, by miał robić problemy. A zresztą ciekaw był uratowanego przez siebie człowieka i jego historii. Pytanie, czemu zdecydował się na ten radykalny krok jako człowiekowi, ale przede wszystkim jako pisarzowi, nie dawało mu spokoju. Ufał, że rozmowa z Wiszniewskim da mu jakieś wyjaśnienie.

Prokurator dotrzymał słowa i nie mitrężył. Kiedy jednak byli w drodze do szpitalnej kafeterii zadzwonił jego telefon. Mężczyzna zatrzymał się, spiął i mało brakowało a zacząłby się kłaniać. Mówił przyciszonym głosem ale i tak Rafał bez problemu odgadł, że tłumaczy się właśnie przełożonemu. Czy nawiał z roboty natychmiast, gdy usłyszał o wypadku jego kolegi i nawet nikogo o tym nie poinformował? To by było ciekawe. Ci dwaj musieli być naprawdę dobrymi kumplami.

– Przepraszam – Wiszniewski podszedł i uśmiechnął się przepraszająco. – Informacja o Wiktorze była tak nagła, że zapomniałem odwołać przesłuchanie i zrobiło się zamieszanie.

– Ciężkie jest życie w prokuraturze, co?

– Czasami – przyznał.

– Pewnie jesteście pod stałą presją?

– Oj tak! E, przepraszam, nie chciałem, żeby to zabrzmiało, jakbym się żalił. Bardzo lubię swoją pracę… Teraz brzmię, jakbym się tłumaczył. Powiedzmy – westchnął – że jak wszędzie ma swoje lepsze i gorsze momenty.

Tak, bezpiecznie było tak właśnie założyć. I sensownie. Rafał nie znał żadnego prokuratora, jak chyba każdy miał jednak o nich swoje wyobrażenia. Ten młody mężczyzna nieco od nich odbiegał.

– Nie ma pan problemów, no, z powodu wieku? – zaciekawił się.

– Trochę – przyznał. – Prokuratorem można być po skończeniu dwudziestego szóstego roku życia. Ja mam dwadzieścia siedem. Tylko wyglądam młodziej. Ale cóż, każdy kiedyś zaczynał.

Dwadzieścia siedem? To i tak niedużo, zwłaszcza jak na tak poważną funkcję, ale facet miał rację, każdy kiedyś zaczyna.

Kafeteria była na tym samym piętrze, musieli zmienić tylko skrzydło budynku. Już po kilku minutach byli na miejscu i gdy Rafał zajmował stolik, Wiszniewski składał zamówienie.

– A właśnie, zapomniałem się przedstawić – przypomniał sobie pisarz gdy prokurator stawiał przed nim kubek z kawą. – Rafał Sokół.

Ponownie uścisnęli sobie dłonie. Obaj patrzyli na siebie badawczo, chociaż każdy starał się to ukryć. Obaj robili to zapewne z zawodowej ciekawości.

– Widział pan… całe zajście? – zapytał w końcu Wiszniewski. Brzmiał, jakby bał się usłyszeć odpowiedź.

– Czy całe? Nie… – skłamał. Młody prokurator sprawiał sympatyczne wrażenie, ale kto wie, jakie naprawdę relacje łączyły go z topielcem? Może on sam był poważną częścią problemu? – Widziałem go na klifie, odwróciłem głowę, usłyszałem plusk – powtórzył starą już wersję.

– Czy to… mogło być celowe z jego strony?

Rafał Sokół wzruszył ramionami.

– Wiem tylko, że w takich eleganckich pantoflach nie powinno się łazić po mokrych skałach. W górach non stop przypominają, że nie należy wchodzić na szlak w klapkach. Skaliste wybrzeże jest podobne.

Powietrze zeszło z płuc prokuratora a z nim chyba część napięcia.

– Tak, to mógł być głupi wypadek – przyznał. Brzmiał, jakby przekonywał sam siebie.

– Więc czemu założył pan najgorsze?

Przygryzł dolną wargę. Ten gest mógłby być uroczy w innych okolicznościach. W tych wskazywał jednak, że facet jest beznadziejnym śledczym.

– Powiedzmy, że pojawiły się pewne okoliczności… Sam pan rozumie, nie o pewnych sprawach nie powinno się mówić z obcymi.

– Lekarz z pogotowia powiedział, że policja może chcieć ze mną rozmawiać. Chcą wykluczyć usiłowanie zabójstwa czy jakoś tak…

– Przy wypadkach zagrażających utracie życia tak się robi – przyznał. – Zwykle to rutyna. Ale chyba – zaniepokoił się nagle – nikt nie chciał go zabić?!

– E… nie wydaje mi się. Nikogo nie widziałem.

– To dobrze – odetchnął z ulgą.

– A czy taka możliwość… jest realna?

– Kto wie? Nasz zawód należy do wysokiego ryzyka.

Nowy powód samobójstwa zaświtał w głowie Sokoła. Teraz, kiedy wiedział, że ocalony przez niego mężczyzna był częścią machiny sprawiedliwości, pojawiło się podejrzenie, że mógł też być ofiarą szantażu lub wymuszenia ze strony gangsterów. Jego okoliczności coraz bardziej pobudzały wyobraźnię pisarza i jego ciekawość.

– Zajmował się jakąś poważną sprawą? – starał się wyciągnąć coś od jego kolegi.

– O tym nie wolno mi mówić – powstrzymał go ze smutnym uśmiechem. – Skontaktuję się z tutejszą policją. Jeśli nie widział pan na miejscu nikogo trzeciego, prawdopodobnie to był wypadek.

– Tak – zgodził się. – Głupi wypadek spowodowany niedostosowaniem butów do panujących warunków.

*

Przyjęta przez nich wersja szybko stała się oficjalną. Lokalna rozgłośnia podała jego przypadek jako ostrzeżenie dla nierozważnych spacerowiczów. Podobny artkuł pojawił się w gazetach zarówno w wydaniach papierowych jak i internetowych. Rafał grzecznie odmówił udzielenia wywiadu i zastrzegł, że nie będzie tolerował nachodzenia swojej prywatności. Nie był bohaterem, jak to określił. Był po prostu kimś, kto znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie. Każdy na jego miejscu zrobiłby to samo, a przynajmniej powinien. Dane ofiary głupiego wypadku pozostały oczywiście całkowicie niejawne.

Chociaż całe zajście nie stało się wielką ciekawostką medialną, w serce Rafała wryło się jak w skałę. Nawet w nocy przed oczami miał scenę, jak mężczyzna rzuca się do morza. W jego głowie niczym zapętlona taśma powtarzało się pytanie: dlaczego?

Dlaczego skoczył?

*

Ciąg dalszy nastąpi…