„Honor paparazzi” Rozdział 5 (tylko dla czytelników pwłnoletnich)

– Kupiłem też dobre tabletki, ale nie powinno się ich brać na czczo. Zrobię śniadanie. Gofry i biała kawa, tak?

– Tak – padła bardzo cicha odpowiedź. Andrzej już odchodził do kuchni, kiedy zatrzymało go wypowiedziane przez Dominika jego imię. Zatrzymał się.

– Tak?

– Dlaczego to robisz? Dlaczego się mną opiekujesz?

– Nie obraź się, ale wygląda na to, że potrzebujesz pomocy a nie chcesz jej od nikogo innego. Właściwie to ja powinienem zapytać, dlaczego pozwalasz mi, żebym ci pomógł?

To pytanie było właściwie żartem. Andrzej nie spodziewał się usłyszeć na nie odpowiedzi, dlatego był zaskoczony, kiedy zabrzmiał głos Dominika:

– Bo widziałem już twoją mroczną stronę.

Przez chwilę Nowicki stał nie rozumiejąc. O co chodzi Śliwińskiemu? Patrzył na leżącego na brzuchu mężczyznę, który z kolei patrzył na miejsce, gdzie wczoraj został powalony na podłogę i brutalnie do niej przygnieciony. Pewnie właśnie wtedy poznał, ile zła i okrucieństwa mieści się w kimś, komu do tej pory ufał.

Moja mroczna strona, hę, pomyślał fotograf. Może na tle tych wydarzeń szantaż, którego się dopuścił i praca polegająca na byciu hieną wcale nie prezentowały się najgorzej?

Zabierając się za robienie śniadania Andrzej westchnął.

To nie tak, że wybrał bycie paparazzi, bo to kochał. Uwielbiał robić zdjęcia, bo było w tym coś romantycznego i magicznego, jakby zatrzymywał w miejscu piękno i czas nadając im nieśmiertelność. Niektóre wydarzenia warto było zachować na zawsze. Podglądactwo i czatowanie na kogoś, by podwinęła mu się noga nie miało nic wspólnego ze szlachetnym zawodem fotografa. Andrzej musiał jednak przyznać, że chociaż tak gardził tym zadaniem, w tym momencie był za nie ogromnie wdzięczny. Pomyśleć, co by się stało z Dominikiem, gdyby Nowickiego nie było w pobliżu…

Andrzej nie mógł zapomnieć tych wydarzeń. Wciąż na samo ich wspomnienie odczuwał przypływ adrenaliny i gniewu. Jeżeli on myśli i czuje w ten sposób, młody aktor musi wszystko przeżywać o wiele mocniej. Chociaż wciąż prawie wcale go nie znał, wiedział jedno – Śliwiński nie zasługiwał, by go tak potraktowano. Nikt na to nie zasługiwał. No, może Marczak.

Aromat świeżych gofrów i gotowanego mleka wypełnił kuchnię i zapewne salon. Dominik pojawił się we wnęce drzwiowej jak tylko Andrzej zalał mlekiem kawę. Aktor chwilę stał przytrzymując się ściany i patrząc na mężczyznę krzątającego się po kuchni, potem raptownie się zarumienił i spuścił wzrok. Powoli podszedł do kuchennego stołu i usiadł. Znowu unikał kontaktu wzrokowego jakby bojąc się spojrzeć komuś w oczy.

Nowicki poczuł się nagle jak uciążliwy intruz.

– Bardzo szybko się wczoraj zjawiłeś – powiedział cicho Dominik. Patrzył na swoje ręce ułożone na stole. Siniak na prawym nadgarstku błyszczał się od maści, która najwyraźniej jeszcze nie całkiem się wchłonęła.

Nie było sensu kłamać ani niczego ukrywać. Śliwiński wiedział już, kto zrobił te kompromitujące zdjęcia.

– Byłem tam – Andrzej wskazał sąsiedni dom, który pod tym kątem wydawał się być całkowicie zasłonięty przez młode tuje. Śliwiński podniósł na niego wzrok, ale chyba nie pomyślał, że przez krzewy można coś zobaczyć. – Górne okno – wyjaśnił Nowicki.

– Czy zrobiłeś zdjęcia, jak on…

Andrzej przez chwilę patrzył na aktora czując wstyd. To naprawdę był odruch, którego fotograf nawet nie zarejestrował. Dopiero później uświadomił sobie, że owszem, miał w ręku aparat i go wykorzystał.

– Tak – przyznał.

– Chcę od ciebie odkupić te zdjęcia.

Ta deklaracja zaskoczyła Andrzeja.

– Robienie i sprzedawanie zdjęć to twoja praca – mówił dalej aktor. – Chcę odkupić te zdjęcia, tak jak tamte. Dam ci sto tysięcy.

Andrzej poczuł się dziwnie, jakby właśnie dostał czymś ciężkim w głowę i klatkę piersiową.

Sto tysięcy? Sto tysięcy?

– Nie – powiedział zdecydowanym, stanowczym tonem.

– Za mało? – Dominik nagle stracił nad sobą kontrolę. Podniósł ku niemu twarz oblaną rumieńcem i wbił w fotografa błyszczące desperacko oczy. – To powiedz, ile?

– Nic, do cholery! – wybuchnął. – Takich zdjęć… Takich zdjęć się nie sprzedaje! Może i jestem paparazzi, ale mam swój honor!

Śliwiński patrzył na niego niemo, zaskoczony. Jego usta były lekko rozchylone. Zaczęły drżeć.

– Przepraszam, że krzyknąłem – ton Andrzeja był już spokojniejszy. Było mu wstyd, że wyżył się na aktorze. Wciąż jednak czuł złość.

Dominik ukrył twarz w swoich dłoniach. Delikatnie drżał, jakby walczył ze łzami.

– Od jak dawna mnie obserwujesz? – jego głos był ledwie słyszalny.

– Kilka dni.

– Przepraszam, za to, co powiedziałem. Jestem teraz trochę zdenerwowany.

– To zrozumiałe.

– Marek zawsze był dla mnie… On nigdy… To, co się stało wczoraj, to był pierwszy raz – Dominik odzyskał energię w patrzył w oczy Andrzeja z nieskrywaną pasją. – On nigdy, nigdy nie próbował mnie do niczego zmuszać. To był tylko raz więc nie chcę, żeby miał jakiekolwiek kłopoty. Marek na pewno tego żałuje…

– Na pewno – Andrzej wtrącił z sarkazmem. Nie zamierzał być szorstki, ale nie mógł się powstrzymać by nie powiedzieć tych słów. Dominik po prostu się okłamywał.

Aktor zamilkł.

Znów go zraniłem, pomyślał Nowicki ze wstydem. Krzywdzenie Śliwińskiego było jak wyżywanie się na kociątku – dziecinnie łatwe a jednocześnie podłe i niskie. Czy ten chłopak naprawdę nie ma już dość cierpień?

– Nie znasz go – odpowiedział dobitnie aktor. – Marek był ze mną zawsze, od początku. To on wciągnął mnie do aktorstwa. On przeprowadził mnie przez te wszystkie lata w kinie. Gdyby nie on, nie zagrałbym w żadnym filmie i nie miałbym tego, co mam teraz…

…czyli sińców na całym ciele?

– Kochasz go.

Dominik skinął głową.

– To jedyny mężczyzna, jakiego kiedykolwiek kochałem. Wiem, co się mówi o gejach, że w głowie mają tylko seks, ale ja i Marek to naprawdę coś więcej. Moje uczucia do niego są naprawdę szczere…

– Wiem – przyznał Andrzej. Tym razem jego głos był ciepły i miękki. – Wybacz, ale to widać.

Śliwiński zarumienił się i uśmiechnął. Tylko na chwilę. Jego twarz przybrała nagle przygnębiony wyraz. Szalejące w nim emocje teraz były strasznym bałaganem.

– Ale gdyby on kochał mnie, nie podniósłby na mnie ręki. Właśnie tak myślisz, prawda?

– Tak.

– Zawsze chciałem wierzyć, że on też mnie kocha. Naiwne, co nie? Mówił mi to, zapewniał. Wszystkie jego zdrady… Wybaczałem mu, bo chciałem wierzyć. Tak po prostu. Ale to były kłamstwa. Cały czas… Ależ byłem głupi.

Czy właśnie widzę, jak pęka mu serce?

Andrzej usiadł naprzeciwko niego przy małym, kuchennym stoliku. Pewnie powinien poradzić Dominikowi, żeby zapomniał o Marczaku, ale to nie było takie proste. Co miał, do licha, w takiej chwili zrobić?

– Kawa stygnie – oznajmił miękko. – Gofry też. Szkoda by było, gdyby się zmarnowały, bo trochę się nad nimi napracowałem. Poza tym moja babcia zawsze mówiła, że źle się myśli na pusty żołądek. To co, śniadanie?

– Śniadanie – zgodził się Śliwiński.

Zjedli bez dalszych scen, chociaż Andrzej nie mógł przestać ukradkiem obserwować Dominika. Na początku robił to z czystej troski, by zareagować na każdą oznakę fizycznego bólu, ale po jakimś czasie robił to już tylko dla przyjemności swoich oczu.

W ruchach Dominika, w tym, jak trzymał kubek lub gofra, było coś bardzo wdzięcznego. Widząc go z tak bliska w naturalnym, dziennym świetle, Andrzej nie mógł uwierzyć, że jakikolwiek mężczyzna może mieć tak długie rzęsy. Cień rzucany przez nie na policzki sprawiał niezwykle czarujące wrażenie i Andrzej ze wstydem przyłapał się na tym, że zaczyna myśleć o tej twarzy jako o pociągającej. Dominik bez dwóch zdań był mężczyzną, ale w tym świetle wyglądał seksowniej niż niejedna kobieta.

Śliwiński nie zauważył jego może zbyt intensywnych spojrzeń, albo udawał, że ich nie dostrzega. Zachowywał się naturalnie, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalały mu okoliczności.

– Twoje gofry są bardzo smaczne – powiedział. – Mówiąc szczerze nie myślałem, że będziesz je umiał przyrządzić.

– To akurat potrafię. Córka mojej przyjaciółki uwielbia gofry, więc nauczyłem się je robić.

– O!

– Znamy się jeszcze ze szkoły średniej – dodał szybko Andrzej czując konieczność wyjaśnienia nieporozumienia, które mogło się zrodzić. – Zawsze byliśmy dobrymi kumplami, więc skoro jest samotną matką czasem pomagam jej w różnych sprawach.

– Musi jej być ciężko.

– Ciężko pracuje, to prawda. Prowadzi rodzinną restaurację. Serwują tam naprawdę dobre domowe obiady. Powinieneś się tam kiedyś wybrać. To nic ekskluzywnego, ale atmosfera jest bardzo miła.

Dominik odpowiedział grzecznym uśmiechem, pomysł pozostawił jednak bez komentarza. Biorąc pod uwagę niedawne zajścia trudno mu się było dziwić. Starał się zachować uprzejmość, ale Andrzej coraz bardziej czuł się intruzem. Straszny wieczór i noc, która mogła przynieść najwięcej demonów już minęły i teraz Śliwiński powinien odzyskać swoje prawo do prywatności.

Śniadanie się skończyło i Nowicki wyjął na stół opakowanie leków.

– To mocny środek, więc uważaj, bierz tylko jeden na dobę. Wypróbowałem go i wiem, że świetnie uzupełni się z maścią. Ja będę już leciał.

Dominik spojrzał na niego, gdy wstawał. Jego oczy były rozszerzone, przejęte i niezwykle błękitne.

– Jeszcze raz dziękuję za wszystko.

– Nie ma za co. A ty uważaj na siebie, dobrze?

W odpowiedzi aktor skinął głową.

Nie było już tutaj nic więcej do zrobienia. Andrzej nie mógł poświęcić całego życia na ochronę Śliwińskiego. Chłopak musiał z pewnymi kwestiami zmierzyć się sam i znaleźć do tego odwagę w samym sobie.

A przynajmniej niech myśli, że jest sam. Jak by nie było, Andrzej nie zrezygnował ze swojego zadania bycia jego paparazzi.