Poszukując inspiracji

Jak zapewne wiecie, udało mi się pomyślnie ukończyć „Czas feniksa” i to w założonych ramach czasowych. Tamte sprawy, które czyniły mnie tak strasznie zajętą też już zostały załatwione i teraz, przynajmniej chwilowo, jestem wolna jak niebieski ptak. Uwielbiam to uczucie, gdy nic nie wisi nad głową, bo stare już skończone, nowe jeszcze nie zaczęte, ale…

Właściwie, to bardzo chcę zacząć nowe. Nową książkę. To nie tak, że nie mam pomysłów. Wręcz przeciwnie, mam ich mnóstwo, i w tym leży problem. Znacie przysłowie „Osiołkowi w żłoby dano, / W jednym owies, w drugim siano”? Oryginalnie jest to wierszyk, ale tak bardzo pasuje do życia, że wszedł do potocznego języka. Przynajmniej pierwszy wers. No więc jestem jak ten osiołek. Pomysłów wiele, ale inspiracji…

Ech, nie jest łatwo.

Żeby książka miała swing, dobry klimat i chemię pomiędzy bohaterami, trzeba czegoś więcej, niż samego pomysłu. Potrzeba klimatu. Muszę mieć przed oczami żywych, prawdziwych bohaterów („przed duszy mej oczyma”, że doprecyzuję słowami Hamleta). Jak wygląda, jak się nazywa, czym się zajmuje, jakie są jego relacje rodzinne, co lubi a czego się boi? Widzicie, nie jest łatwo, zwłaszcza, jeśli napisało się już kilkanaście tekstów i wciąż chce się być oryginalnym. Nie, żebym zapoznała się z twórczością wszystkich autorek świata, ale czasem zastanawia mnie, jak można wyprodukować kilkadziesiąt tytułów i zachować świeżość? Często okazuje się, że tej świeżości jednak nie ma, jest za to notoryczne powielanie schematów.

Ale właściwie co nowego można wymyśleć w temacie romansu?

Tylko, czy trzeba pisać romans, aby pokazać relacje międzyludzkie?

Jak może zauważyliście, zaczęłam eksperymentować. Wyszłam od opowieści typowych dla gatunku. Nie były to powieści stricte, ponieważ skupiały się na jednym wątku. Były za to zbyt długie na opowiadania. W polskich gatunkach literackich taka forma właściwie nie istnieje. Na Zachodzie i w Azji jest to light novel. Moje pierwsze utwory jak „Honor paparazzi” czy „Wyścig z sercem” miały więc taką formę, a w treści skupiały się na wątku relacji pomiędzy głównymi bohaterami.

Z czasem zaczęłam rozbudowywać swoje historie nadając im kształt bardziej klasycznych, wielowątkowych powieści. Najlepszymi przykładami będą: „Następstwa pewnej przygody”, „W dół” oraz „Brzoskwiniowe niebo” wydane w tym roku. Natomiast „Czas feniksa” to już eksperyment. Kolejna ewolucja. Kto czytał, ten wie, że różni się od pozostałych.

Nie zdecydowałam jeszcze, czy na stałe zostanę w tym stylu. Ba, nie wiem nawet, czy moja następna książka będzie w nim utrzymana. Nie chcę ani siebie, ani Was ograniczać formą i treścią. Nie chcę popadać w nudne schematy. Chcę mieć frajdę pisząc i żebyście Wy mieli ją czytając. Zdaję sobie sprawę, że zmiany nie wszystkim przypadną do gustu. Nie chcę jednak stać w miejscu i pisać dokładnie o tym samym zmieniając tylko imiona i zawód bohaterów.

Szukam więc inspiracji, bardziej dla treści niż dla formy. Forma nada się sama, podczas twórczego procesu. Ale treść…

Często inspiracja przychodzi praktycznie znikąd. Oglądam film, słucham piosenki i nagle trach! Jeden wers, wystarczy jeden wers, jedno zdanie, by uruchomić wielki proces jakim jest pisanie.

Właśnie przypomniałam sobie taki wers. Za chwilę obejrzę FMV z tą piosenką. Czy uda mi się znaleźć inspirację?

Trzymajcie za mnie kciuki. Za mnie i nową historię.